jarek łukaszewicz "trójmasztowiec"

"trójmasztowiec" wygrał II Świdnicki konkurs na Autorską Książkę Literacką (2009).
Książka „trójmasztowiec” ukazała się nakładem wydawnictwa Miejskiej Biblioteki Publicznej im. Cypriana Kamila Norwida w Świdnicy jako skutek II edycji konkursu na Autorską Książkę Literacką. Komplet, pod tytułem „trójmasztowiec” składa się z dwóch tomów, lewo i prawoskrętnego. Cena kompletu: 43,50.
Oto tajemnica poezji po przełomie: pękła ta wysoka skała, ten jakiś Ajudah, i poeta spadł wprost na wielopasmową ulicę języka; teraz błąka się tu i tam, wybierając to i owo, by nałożyć na siebie, by spokrewnić to, co do tej pory nie spokrewniano. To coś więcej niż słowna gra, czyli grzebanie w pudle z napisem „puzzle informacyjnego chaosu”. To kategoryczne oddzielenie się od zbyt łatwo wypowiadanego świata. Oto tajemnica miary. Umiarkowanie w widzeniu i snuciu. Arnolfini, Łukaszewicz i to trzecie.
Karol Maliszewski
Było sobie życie. Widziało się w nim rzeczy niesłychane. Kochało się – z miłości, innym razem ze strachu, albo tylko tak sobie. Dla zabicia dnia. Brało się, co dają: sporo wściekłego piękna, niespodzianek w języku, zwykłego szarego chleba. Czasem mięso ostatnich żyjących przedstawicieli gatunku. Grzeszyło się i modliło: pełnia. Chciało się być trójmasztowcem rzucanym od wyspy do wyspy. Pewnego razu szczęśliwym, innego – zatopionym doszczętnie.
Agnieszka Wolny-Hamkało
Antoni Matuszkiewicz
format A5, 88 stron
wiersze, fotografia, montaż: jarek łukaszewicz
pastele: Julita Pawińska
ISBN: 978-83-89759-12-2
Wydawca:
Miejska Biblioteka Publiczna
im. Cypriana Kamila Norwida
w Świdnicy
2009
recenzja:
autor: Karol Maliszewski
źródło: "Poezja polska" - w sieci
data publikacji: 18.10.2009
Zbiór Trójmasztowiec rozpoczyna tekst pt. „Bifurkacja”. W słowniku znalazłem wyjaśnienie tego słowa i odniesienia jego sensu do fizyki, chemii, matematyki, geografii i pedagogiki. Jeśli chodzi o tę ostatnią, to bifurkacja w jej obrębie oznacza zróżnicowanie programu nauczania, czego efektem jest pojawienie się dwóch odrębnych, ale równoległych, ciągów programowych. Jej celem jest większe, lepsze i efektywniejsze wykorzystanie różnic w zdolnościach, możliwościach i zainteresowaniach uczniów.
Nic dodać, nic ująć.
W wierszach Jarosława Łukaszewicza bardzo często dochodzi do sytuacji nakładania się na siebie różnych ciągów znaczeniowych, które w pewnym sensie wykorzystują różnice w zdolnościach i zainteresowaniach czytelnika. Jeden czytelnik poprzestanie na małym, to znaczy ucieszy się scenką, żartem i sytuacją, drugi zauważy rozgrywającą się w tle finezyjną grę słów, a jeszcze inny połączy jedno z drugim i znajdzie się na zupełnie innym poziomie odbiorczej gry. Słowo „gra” nie jest tu ani przypadkowe ani zbyt dowolne, biorąc po uwagę tytuł „Trójmasztowiec” i wspominając nasze dziecięce grywanie w statki. W pewnym sensie taka gra w różnie rozumiane masztowce toczy się dalej. Czytelnik namierza, nakłuwa przestrzeń wiersza i jeśli ma szczęście oraz trochę wyczucia i bystrości, to natrafi na coś, co wyda mu się mniej lub bardziej cenną zdobyczą. Powtarzam: dla niektórych będą to zdobycze czysto ludyczne, dla innych bardziej intelektualne. Ludyczność i specyficzny intelektualizm towarzyszą również autorowi. On również w pewnym sensie uprawia grę w statki. Zestawiając przypadkowe (nieprzypadkowe?) obserwacje, myśli i zbitki słów liczy na trafienie, na to, że na kartce zapełnionej przez linijki tekstu nagle wyświetli ukrywającą się pod pozorami przypadku sieć powiązań, wyrazistą mapę rozmieszczenia masztowców, czyli nadrzędnych sensów. Poetyka Łukaszewicza kojarzy mi się ze swobodną poetyką asocjacyjną charakteryzującą niektórych twórców spod znaku starej, dobrej awangardy.
Ostatnim utworem tomu jest „Słowniczek”. Warto go przeczytać bardzo uważnie i wrócić do ponownego odczytania całości. Obok gry w statki i pytań kierowanych do partnerki, obok prób nawiązywania wyimaginowanej rozmowy ważne okażą się rysowanie i portret. Bohater rysował ich wspólne życie, a ten jego rysunek ciągnął się przez kuchnię i przedpokój. Jak wygląda jeden z pokoi doskonale pokazano w tytułowym wierszu i w znajdującym się obok utworze zatytułowanym „Pusty pokój”. Ten pokój nie do końca jest pusty, bo jednak ktoś odbija się w lustrze, ktoś słucha Abby i Hendrixa. Czy chce się tu powiedzieć, że każdy portret rodziny we wnętrzu naznaczony jest pustką? A może to się tylko tak obserwatorowi wydaje?
O wiele ważniejsze od odpowiedzi na te pytania jest to, co dzieje się, a właściwie co „bifurkuje” wraz z motywem „rodziny Arnolfinich”. On, Arnolfini i ona, Arnolfini są razem, ale jednocześnie jakby obok siebie, w oddzielnych samotnościach i przyznam, że to jest dość sugestywne. Udzieliło mi się na tyle, że patrzę teraz na znany obraz van Eycka trochę podejrzliwie. Myślałem, że przedstawieni na portrecie mężczyzna i kobieta mają się ku sobie, że są sobie oddani, teraz widzę, że coś ich od siebie odciąga, że jako jedność tylko figurują. Jedności nie ma. Jest stały podział. Przez pączkowanie, przez pulsację skojarzeń, przez analityczne natręctwo, które powoduje, że zamiast czułości, wierności, miłości widzimy wyraźny kwadrat i „podział koła na trzy kąty proste”. Rozwód wisi w powietrzu. I konsekwencje następnej bifurkacji: sklejone obrazki wpadają do jednej rzeki, płyną przez jeden wiersz, lecz wypływają osobno, całkowicie rozszczepione. Tak jak słowa wypadające z oficjalnego słownika, przechodząc przez osobisty słowniczek nie są już tymi samymi słowami. I o tym dobitnie informuje poezja Łukaszewicza. I o to dyskretnie walczy, o prywatność, wolność, nieoficjalność nazywania. Awangardowy rys tej poezji uzupełnia się w tym miejscu o coś bardzo intymnego, a konsekwencja dopuszcza do komitywy tylko wybranych odbiorców.